emonimalista@protonmail.com

Maciej "emonimalista" Korżel 

Nie ma jednego dna, zawsze można zejść głębiej (nie różnimy się w tym od natury tego świata).

Jeśli ostatecznością rzeczywistości jest Nic, to kim ja jestem? Lub - czym?

Podobno na początku było Słowo... Jakie? Może nic szczególnie ważnego? Może coś się tylko wypsnęło, my zaś próbujemy tworzyć teorie, religie...

Czy zwierzę pogodzone ze swoją rolą nie jest bliżej Prawdy?

Uzbroiłem Moje Pudełko.

Teraz mogę, nie mówiąc nic, powiedzieć Temu-Co-Na-Zewnątrz: "To tylko puste pudełko. Zaglądaj sobie, ile chcesz - nic tam nie ma."

I w końcu Ono da mi spokój.

Sobie zaś powiem: "Jestem sam w Niczym. Ciemno, głucho i spokojnie. Wreszcie oszukałem To-Co-Na-Zewnątrz. Teraz zasnę. Potem się obudzę. I zajrzę tam, dokąd chciałem od zawsze: Do Tego-Co-Wewnątrz."

Czyż można być bardziej szczęśliwym z powodu kawałka materii?

To jest wojna, nic innego.

Trwa od początku. Przepraszam... Trwa od Początku.

Ksiądz mówi: "Kto filozofuje, ten paktuje z diabłem."

Ja mówię: "Kto nie filozofuje, już potrzebuje pomocy."

Rzeczywistość zewnętrzna jest polem bitwy stosunkowo łatwym - znaki są czytelne (choć też nie zawsze).

Prawdziwa walka to zmagania wewnątrz.

Czy kiedykolwiek możesz być pewien/pewna, że to co nazwałeś/nazwałaś dobrym jest Dobre? Czy kiedykolwiek możesz być pewna/pewien, że to co nazwałaś/nazwałeś złym jest Złe?

Granice są nieostre, pojęcia oszukują, wewnętrzne własne potrzeby mamią; cel jest odległy (właściwie - niewidoczny). Codziennie i w każdej chwili powinieneś/powinnaś być dla samego siebie Dwunastym Przysięgłym. Czy jesteś? A jeśli - czy to cię paraliżuje?

Jak nazwać to Nienazwane, które wypływa z głębin i kładzie się Cieniem na codzienności?

Pocieszające jest, że każdy Człowiek jest głębszy od swojej słabości. Jeśli jest nią pierwsza zagadka, której umysł nie był w stanie pojąć i rozwiązać, to może czas ją sobie przypomnieć...?

Coś się dzieje. Coś mnie blokuje. Coś sprawia, że cierpną mi palce.

Czy samą tą myślą czegoś dotykam, czy to zwykła teraźniejsza rana się odzywa?

Czas odłożyć słowo i zajrzeć przez dziurkę od klucza.

Cóż za cudowny stan - żadnego napięcia!

Wszystko przepływa obok jak zeszłotygodniowy film...

Czasem tylko niektóre wspomnienia budzą drżenie ramion, ból pleców, strach w umyśle...

To jednak mija. Najważniejsze - przemijać. Czekać. Nie używać mózgu ponad konieczność.

Niewątpliwie - coś nowego, to będzie coś Bardzo Nowego.

Krwawię, ale już nie krzyczę. Z braku sił i ze świadomości, że za chwilę będę mógł powiedzieć: "To nieważne. To nieważne. To nic."

Masz rację - odszedłem od Ciebie, zanim odszedłem. Musiałem przyjść do siebie.

Wczoraj zrzuciłem ostatnie pęta - zobowiązanie.

Pukałem delikatnie, pytałem niemo.

Nie zaglądam przez okno, lecz kształt dymu z komina powiedział mi o Tobie wszystko.

Przyznaję,  bardzo chciałem wejść; tyle lat koczowania, rozpalania ogniska, namawiania na wspólne oglądanie gwiazd...

I wreszcie zrozumiałem - to nie ten dom. Tu ważna jest chwila, bo śmierć czyha za rogiem. 

Widzę właśnie, jak zerkasz z przerażeniem przez okno.

Chciałbym dzisiaj (a w ogóle to czasami) zamknąć swój świat (a właściwie to Swój Świat) w małym ciasnym pudełku - odpornym na potrząsanie, z lekkiego acz wytrzymałego tworzywa.

Wywierciłbym sobie dziurkę i z chichotem podglądałbym przestrzeń.

Śmiałbym się z siebie; z tej skorupki; z Tego-Co-Na-Zewnątrz.

Śmiejąc się, zasnąłbym.

A nazajutrz wróciłbym do przestrzeni na zewnątrz.

Z trochę zmęczonym umysłem, obolałymi trzewiami i łkającą duszą...

Wlej, Panie, spokój w moje trzewia, umysł, duszę; otocz mnie poświatą ciszy; pozwól poczuć się przez chwilę bezbronnym i nie bać się tego (można być bezbronnym i silnym w oparciu o Twoje ramię).

A potem daj mi, Panie, siłę do dobrych decyzji.

Bywają zabawy niebezpieczne - wynikające z mocy słowa zabawy w mity i bohaterów.

Szukamy siebie w książkach i obrazach, szukamy wzorów: Strażak - Policjant - Nauczyciel - Mesjasz...

Wzór czasem przerasta człowieka.

Zapomniałem o Jego końcu.

Nie chcę nigdy wykrzyknąć: "Boże, cóżeś mi uczynił!"

Chcę i pragnę, i potrzebuję nowego wzoru.

Zatem - Boże, pomóż mi znaleźć siebie! Nie chcę być Twoim synem. Nie umiem. Przykro mi.

Jestem chłopcem, stojącym przed Kościołem - z rękoma głęboko w kieszeniach.

Tam są ludzie... oni nie pozwalają mi na rozmowę z Tobą.

Jesteś więc ze mną w snach.

To miłe z Twojej strony, że nie przeszkadzają Ci moje ręce głęboko w kieszeniach.

Nic nie straciłem.

Dałem miłość, dostałem własny brud.

Dowiedziałem się, czym jest cień, który rzuca mój umysł - był piękny, jest normalny.

Wiem, czym jest normalność - zgodą na siebie; wtedy dopiero czarne łączy się z białym; wtedy dopiero jest prawda, która rozkwita.

Nic nie straciłem.

Przekazy myśli

Przestałem walczyć ze sobą, z materią, walić głową w mur; bo ten mur stoi jak stał.

Odwracam się, szukam przestrzeni i oddechu w płucach.

Przez chwilę położę się pod drzewem. Założę ręce pod głowę, uśmiechnę się do siebie... Będę obserwował liście i słońce między nimi, ruch wiatru i jego szept. I tak przez kilka dni.

Potem wstanę. Znajdę kostur. I wyruszę, znowu z sercem na dłoni.

I cóż, że niczego się nie nauczyłem? Dalej to ja. Kocham siebie.

Moja przestrzeń jest dobra, ja ją akceptuję.

Są w niej wszystkie wymiary tego świata - jest radość i ból, jest dobro i zło, szlachetność i podłość, mądrość i głupota; i są trzy kropki, i wszystko, co jeszcze nienazwane, a co przede mną.

Chcę siebie.

Wielowymiarowość - gra na wielu płaszczyznach. Przecinają się wzajemnie. Ich elementy są ruchome, zmieniają położenie, wymiar, znaczenie.

To ja tworzę tę przestrzeń - mam nad nią władzę. Czynnikiem sprawczym są mój umysł słowo i czyn.

Jest tylko jeden sposób, aby ogarnąć siebie - ogarnąć tę przestrzeń.

Być Panem swojego świata; również jednak służącym. Pozamiatać kąty, wyrzucić śmieci...

Zapraszać tych, którzy tworzą; wyrzucać tych, którzy niszczą; dać szansę tym, którzy chcą.

Wybrałem Drogę Nieskończoną.

Nie wiem, co robię Dobrze; nie wiem, co robię Źle.

Kiedy stanę u Celu, znajdę chwilę, żeby spojrzeć za siebie i sobie odpowiedzieć na wszystkie Nieodpowiedziane Pytania.

Potem rozejrzę się i wybiorę następną Drogę Nieskończoną.

Może taka moja pieprzona rola - zasiewać ziarno (i mieć tylko nadzieję, że znajdzie się Ogrodnik)...?

A może usprawiedliwiam tak brak cierpliwości dla codziennego mozołu...?

A może zwyczajnie, po ludzku, szukam miejsca dla siebie...?

A może za dużo jest do zrobienia na świecie i trzeba iść dalej...?

A może czasem trzeba się zatrzymać i rozejrzeć...?

A może...

A może już czas, żeby odejść...?

Mam w sobie potrzebę prostych przyjemności.

Nawet nie - przyjemności. Doznań... Fizyczne zmęczenie. Cisza wśród drzew, wiatru, wody, ptaków. Odgłosy życia, które są ciszą i którego nie muszę przez tych kilka chwil rozumieć.

Odwiedzić szczyt, który mnie powita miejscem na spożycie chleba i wypicie wody.

Ujrzeć przestrzeń, która mi coś powie, nie mówiąc nic (coś, co pojmę, gdy już stamtąd odejdę, choć przeczuwam teraz).

Zapomnieć o pustym, wydrążonym drzewie, którym teraz jestem.

Wypełnić umysł światem prostym i czytelnym.

Moja miłość do Ciebie i dla Ciebie jest rannym psem, który chce wrócić do domu.

Już nie jest naiwnym szczenięciem. Została pozbawiona świeżości i nadziei.

Coś nas przy sobie trzyma - oboje się temu dziwimy.

Żuraw i czapla, Paweł i Gaweł, Pies i kot.

Im bardziej próbujemy się spotkać, tym trudniejsze są dni.

Los postanowił nas ukarać za niezdolność do zrozumienia. Każdemu z osobna każe zastanowić się i odpowiedzieć na pytania niezgłębione.

Jesteśmy dwojgiem dzieci błądzących we mgle.

Mieliśmy trzymać się za ręce, wspólnie szukając Wyjścia i Dojścia... Zamiast tego rzucaliśmy w siebie kamieniami (jakby któreś z nas było bez winy).

Twoja miłość do mnie i dla mnie jest rannym psem.

Czy chcesz wrócić do domu? Pomóż mi.

Nasz Dom... On już stoi.

Pamiętasz? Budując, trzeba zacząć od dymu z komina.

Nasz Dom jest spokojem bezpiecznych ścian; urokiem widoku za oknem; cierpliwością wody, żłobiącej rowki w szybach, gdy pijemy herbatę z rumem i zaciągamy się dymem (z aromatycznej świeczki, powiedzmy).

Nasz Dom jest ufnością, że krzywda tu nie zagości; troską i opieką ciepłych pieców, rozgrzewających co wieczór nasze serca, wywołujących łagodny uśmiech.

Nasz Dom jest zapomnieniem, że nabrzmiewający Czas przeradza się w Nieuchronność;

jest nocną poezją gwiazd, którą podziwiamy w zamyśleniu, z werandy, przytuleni;

jest cicho uronioną łzą, że trzeba było tyle smutku, żeby poczuć tyle błogiego szczęścia...

Oto nasz Dom.

Przyszłość niewiele różni się od przeszłości - jest w tym samym stopniu różowo-zielono-żółto-...

Teraźniejszość zaś? Jest o tyle czarno-biała, o ile pozwolę sobie na odsunięcie się od tej feerii kolorów.

Nie umiem postrzegać czasu inaczej, jak przez pryzmat bólu, który wywołuje.

To nie człowiek jest winny cierpieniu. To zła konstrukcja rzeczywistości.

Tracę siły. Odchodzę.

Tym samym gdzieś wchodzę.

Śmierć to taka chwila pomiędzy strachem a...

Chciałbym, żeby tam była nicość.

Różne są powody strachu - ja boję się, że nicości tam nie będzie.

Boję się, że będę musiał jeszcze jakoś istnieć.

Tylko to powstrzymuje mnie.

Dlaczego każe się nam kochać?

 

 

Żeby mieć siłę do trwania?

 

 

Żeby umierać w poczuciu sensu?

Przenikam przez chwile, sytuacje, umysły...

Spoglądam przez zakratowane okno.

Jestem więźniem tęsknie wyglądającym rzeczywistości, w której nie umiem się znaleźć.

Trafiłem tu przez przypadek, z głodu. Będę tu wracał - tu jest spokój, chleb, łóżko. Tu nie martwię się o nic.

Zostawiam za sobą długi i miłość.

Wyjdę na chwilę, żeby odwiedzić syna i przekonać się, jak złym jestem ojcem.

Nasycę się swoim podłym ojcostwem, więc coś ukradnę.

Wrócę do spokoju, chleba i łóżka. Powitają mnie starzy znajomi - przyjaciele w dzieleniu się końcem.